Na dobre i na złe, przeciw wszystkim i wszystkiemu. Czy prawdziwa miłość to aby na pewno bajka rodem z Hollywood?

Nie ma miejsca, w którym radość bardziej miesza się z nadzieją, a szczęście z cierpieniem. Tylko szpitalne sale w ułamku sekundy mogą zmienić się z oazy spokoju w „Niagerę łez”. Wszystko to ma wspólny mianownik – miłość. Kiedy kochasz, nie chcesz żeby ktoś przez Ciebie cierpiał, patrzał na Twoje powolne znikanie. Nie ma różnicy, czy chodzi o matkę, córkę czy partnera; chcesz być pewny przyszłości Ukochanej Osoby. Miłość to też wspólne cierpienie, „w zdrowiu i chorobie”, na dobre i na złe. 

Lato w Sosnowcu nauczyło mnie więcej, niż 12 lat obowiązkowej edukacji. Codzienne półtora godzinne przejażdżki komunikacją miejską w upale, okropne jedzenie w szpitalnym bufecie i zapach środków do dezynfekcji, przenikający każdy milimetr ciuchów, które miałam na sobie – jeżeli ktoś powiedziałby mi, że tak będą wyglądać najbardziej przełomowe wakacje w moim życiu, wyśmiałabym go. Przecież przełomowe wakacje powinny być radosne, pełne sukcesów, nowych znajomości i perspektyw na przyszłość! Często wracam do śmierci Taty, ale poza nauką przetrwania, dwa miesiące „za granicą”, dały mi prawdziwą lekcję najważniejszej rzeczy w życiu – miłości.

Kiedy przeczytałam temat tegorocznej rozprawki maturalnej, bez wahania odpowiedziałam sobie samej pod nosem, że warto – warto cierpieć z miłości. Nie jestem masochistką, nie szukam nieszczęścia, bólu; doświadczyłam jednak tego, czego producenci Disney’a zapominają pokazywać w swoich produkcjach – drugiej strony medalu.

Moja wiara w miłość nie pojawiła się znikąd. Dorastałam w domu, gdzie pomimo wszystko, rodzice bardzo się kochali, tworzyli idealną parę i pokazywali nam, że mimo burzliwej przeszłości, można budować wspólną teraźniejszość i razem patrzeć w przyszłość.Kiedy się zakochujesz, nie bierzesz pod uwagę komplikacji – ma być idealnie, teraz-już-natychmiast, szczególnie, kiedy masz 20 lat, a przez pierwsze osiemnaście dostawałeś wszystko, czego chciałeś. Cierpliwość nie jest cechą młodości; może jest jak mięsień – nieużywany, zanika?

Statystycznie związek moich rodziców musiał się tak skończyć – tata umiera pierwszy, mama zostaje wdową, a my półsierotami. Prawie oczywiste, biorąc pod uwagę, że Tata był starszy od Mamy o 11 lat. Gdyby jednak którekolwiek z nich, myślało o tym na początku związku i bałoby się ryzyka, nie byłoby najpiękniejszej historii o miłości, nie tylko między nimi, ale także do innych ludzi.

Oddział intensywnej terapii, sala numer 5. Stanęłam w drzwiach, mając wrażenie, że patrzę na scenę kolejnego filmu z morałem. Każdy gram powietrza był przepełniony miłością, choć za oknem czekała śmierć. Mama gładząc Tatę po głowie, powtarzała, że nie może się poddać, że przetrwają wszystko; wzrok Taty był pełen blasku, miłości, ale i pogodzenia z tym, co będzie. Zaczęłam płakać, czując się jak intruz przeszkadzający młodym kochankom w wyznaniu uczucia. To była lekcja prawdziwej miłości.

Serce czasem rozpada się na miliony kawałków, a w brzuchu zamiast motylków czuć kamienie, ciągnące Cię w dół. Zabrzmi to banalnie, ale takie jest życie – ma kształt gór, raz jesteś na górze, raz na samym początku trudnego szlaku. Cierpienie jest naturalną częścią prawdziwego życia, nawet jeżeli udajesz, że wszystko jest w porządku, prędzej czy później i tak wylądujesz na fotelu u jednego czy drugiego psychologa.

Prawdziwa miłość jest odporna na Przeszłość, próbującą terroryzować Teraźniejszość i Przyszłość. Nie ma większego spoiwa związku czy rodziny niż wspólne cierpienie, choć może okazać się ono ostatnim „gwoździem do trumny”. Jeżeli przetrwacie wspólnie katastrofę – przetrwacie wszystko. W końcu co nas nie zabije, wzmocni.