Depresja to piekło, z którego istnieje możliwość ucieczki. Kiedy zaczniemy od niej uciekać, pojawi się rozdroże. Jedna droga będzie szybka, nie wymagająca od nas wielkiego zaangażowania, ni krzty naszego własnego cierpienia. Druga jest długa, wyboista, pełna łez. Czy któraś z nich jest wyrazem naszej słabości i tchórzostwa?

Miałam niecałe 15 lat. Była zima i wszystko było tak, jak powinno być. Dobre oceny w szkole, popularni znajomi, starszy facet, przyjaciółki, z którymi mogłam przenosić góry. Byłam kimś, coś znaczyłam. To miała być po prostu kolejna impreza ze starszymi znajomymi. Nagle przestałam być ‚kimś’ i znaczyć ‚coś’. Upadek, w czasie którego skręciłam kolano był moim upadkiem; schyłkiem pozornie idealnego życia nastolatki. Moje własne Waterloo.

Nie jadłam, przesypiałam całe dnie, żeby potem oglądać durne seriale. Punkt na suficie stał się moim najlepszym przyjacielem, tylko z nim utrzymywałam kontakt wzrokowy dłużej niż trzy sekundy. Widziałam płacz Mamy, łzy Taty, ale to się nie liczyło. W pewnym momencie przestałam sobie radzić; chciałam się zabić. Nieważne jak, ważne, żeby świat szybko pozbył się jednego problemu, którym byłam ja.

Taki stan utrzymywał się przez dwa lata. Chodziłam na terapię, która powodowała, że czułam się jeszcze gorzej. Z czasem nauczyłam się udawać, że wszystko jest OK. Za swoją rolę powinnam dostać co najmniej nominację do Oscara, choć momentami zasługiwałam na tego złotego przystojniaka.

Kiedy już z tego wszystkiego wyszłam i znalazłam coś lepszego niż terapię u pani psycholog, wmawiającej mi brak kontaktu z rodzicami, musiałam stawić czoła swojemu największemu lękowi. Śmierci Taty. Po raz kolejny stanęłam na tym cholernym rozdrożu. Drogowskazy były dwa: „rozpacz”, która równała się depresji lub „ogar”, dzięki któremu przetrwałam.

Nienawidzę siebie z czasu, w którym ‚ktoś’ i ‚coś’ znaczyło ‚mam to wszystko gdzieś’. Raniłam ludzi, raniłam samą siebie. Dziś, gdy dzieje się coś złego, gdy ktoś mnie rani – uciekam. Wiem, ucieczka nie jest rozwiązaniem, jednak w całej swej beznadziejności, jest lepsza niż popadanie w depresję i rozpamiętywanie tego, co się stało. Czasem lepiej zamknąć jajko w metalowym sejfie zanim zacznie gnić, wtedy przynajmniej nie poczujemy smrodu.

Nie przeczytałam ani jednej książki o coachingu, samorozwoju czy depresji. Nie mam magicznej siły, która wymazuje z pamięci to, co złe (a chciałabym, uwierzcie!). Przeżyłam piekło i z niego uciekłam, a droga naprawdę nie była prosta. I nie chcę tam wracać, nawet jeżeli przez to ktoś, kto mnie skrzywdził, nie zostanie ukarany. Karma wraca, więc kiedyś to on będzie przechodził tortury.

Niektórzy uważają, że samobójstwo to tchórzostwo. Życie wymaga siły, której niektórzy nie mają. Zatrzymując funkcje życiowe, zatrzymujemy swoje cierpienie, które czasem przecież rozprowadzane jest z krwią po całym organizmie. Wtedy jednak zaczyna się coś gorszego – cierpienie innych, z naszego powodu.

Możesz się zabić, możesz żyć – to Twój wybór. Gdybyś jednak wybrał życie, pamiętaj, że czasami trudniejsza opcja jest lepiej wynagradzana, czeka Cię coś niesamowitego. Zmartwychwstanie, odrodzenie, powrót do świata. Zaczniesz zauważać, że wiosną przyroda naprawdę budzi się do życia, tak, jak właśnie teraz robisz to Ty. Niebo wydaje się bardziej niebieskie, a gwiazdy spadają tylko dla Ciebie. Chce się żyć! Choć po policzkach musi spłynąć dużo łez, żeby w to uwierzyć.

ilustracja – Psie Sucharki

Znalezienie odpowiedniego dla siebie terapeuty trwa. Przyjaciele, słodycze i pies nie wyleczą depresji. Często przyjaciele czy rodzina totalnie nie wiedzą, o co ci chodzi. No bo jak to tak, depresja poważną chorobą?! Bardzo poważną. I cywilizacyjną XXI wieku. Tutaj może pomóc tylko lekarz oraz ostatki Twojej silnej woli.
I pamiętaj. Nie jesteś sam. Też byłam tam, gdzie Ty. Może przetrwałam właśnie po to, by być teraz tutaj, dla Ciebie?